W SUCHOWSKIM DWORZE
W SUCHOWSKIM DWORZE
Kowerska Zofia
Warszawa - 1904r.
I.
Jesień była prześliczna. Prawdziwa polska jesień! Niektóre drzewa stały już nagie, czekając zimy i, jakby w przestrachu. Załamując w jesiennym wietrze chude, czarne ramiona. Inne postroiły się w różnokolorowe szaty. Kasztany były żółte, jakby złote w słońcu; sumaki czerwieniły się, jakby krwią oblane; wino dzikie przybierało odcienie bronzu i purpury, a niektóre rośliny w ogrodzie kwiatowym umyśliły przebrać się na fioletowo, jasno-seledynowo lub jasnoźółto. Nie było ani zimno, ani gorąco. Rozkoszny czas do zabawy w ogrodzie!
Dzieci przy lekcyi bywały roztargnione, bo na nie w polu, w ogrodzie, w lesie czekały zabawy, niespodzianki i ulubione prace. Kasztany i żołędzie leżały pod drzewami, czekając na Józia, który zbierał je wytrwale, gdyż umyślił swoją ręką zasadzić cały las w parowach, które za zupełny nieużytek były uważane. Zdzisiowi, zamiast cyfr na tablicy, majaczyły często przed oczyma chorągiewki lub kaski, oklejane złotym papierem, gdyż był to wojak z powołania i wciąż w rzemiośle swojem kształcił. Podkomendnymi jego byli chłopcy z czworaków: synowie parobków, gumiennego i ekonoma. Alusia popełniała czasem gruby błąd ortograficzny i raz zamiast wchód napisała whut, bo myślała o swoich kanarkach i kotach; Alusia bowiem, na zgryzotę swoją i na wieczny kłopot, przepadała za kanarkami, a jednocześnie uwielbiała koty i marzyła o takim gatunku, któryby nie posiadał pazurów, albo miał wstręt do żywej zdobyczy. Alusia miała dopiero lat osiem, ale już potoki łez wylała z powodu swoich wychowańców, z których jedne czyhały wiecznie na drugie i niosły od czasu do czasu spustoszenie w szeregi niewinnych i wesołych śpiewaków podzwrotnikowych.
Ale tego dnia dzieci miały jeszcze inny powód do roztargnienia. Biedny Medorek został skazany na śmierć przez weterynarza, który orzekł, że choroba Medorka była nieuleczalna, zaraźliwa, a w dodatku przyprawiała psa o wielkie cierpienie. Podczas lekcyi historyi polskiej, wykładanej dzieciom przez starszą siostrę, dziewiętnastoletnią Zosię, rozległ się dwukrotny wystrzał, na którego odgłos Zosia zbladła, jak chusta, Józio schylił głowę, i zaciął wargi, Alusia wybuchnęła płaczem, a Zdziś porwał się z krzesła cały zaczerwieniony, oburzony i zaraz do walki gotowy.
— Jabym od razu, na wylot pałaszem przeszył tego, kto zamordował Medorka! — zawołał.
— Mój Zdzisia — rzekła Zosia — wszak i mnie ogromnie żal biednego pieska; i mnie bardzo przykro, że go życia pozbawić musiano, ale weterynarz...
Alusi płacz przeszedł nagle w tak głośne szlochanie, że Zosia się zniecierpliwiła.
— Alusiu, uspokój-że się, przestań płakać — rzekła surowo — w końcu łez ci
